Figa z makiem

Sobota. Obudziłam się po ósmej. Jak na mnie, i jak na szósty dzień tygodnia, po pięciu wcześniejszych w pracy, to naprawdę wcześnie. Usiadłam na łóżku i w tej ciszy otworzyłam Pismo Święte.

Trafiłam. Albo ono trafiło we mnie. Łk 13, 6-9. Przypowieść o drzewie figowym. Obok zanotowane niecały rok wcześniej parę słów.

Figi to takie nietypowe owoce. Popularne jak banany to one nie są. Nie wszyscy je kupują. Dość małe, a cena stosunkowo wysoka. Nie każdy o nich wie i nie każdy by je kupił.

No i te figi… że one dzisiaj mi zawróciły w głowie…

Miał jakiś bogaty-ktoś pole. Całą winnicę miał. Kiedy wyobrażam sobie winnicę to taką typowo włoską. Dużo krzaków winogron. A z gałęzi obficie zwisają kiście owoców.

I ten multimilioner przychodził przez 3 lata, 3 pory roku kiedy to drzewko miało obfitować. Fatygował się, żeby zobaczyć czy obrodziło. Po trzech latach tej posuchy powiedział swojemu ogrodnikowi „Weź je wytnij, nic już z tego nie będzie”. A ten mu na to, żeby zostawił je jeszcze na rok, że on je obkopie, obłoży nawozami i wtedy, jak nadal nie będzie na nim choćby jednej figi to je usunie.

Dziś, kiedy zrozumiałam co to za obraz, to miałam ochotę lecieć do sklepu osiedlowego po jakąś jedną taką suszoną ‚figusię’.

Dla mnie to obraz Jezusa Chrystusa. Takiego ogrodnika, który wygrał dla nas kolejną szansę, bo wiedział, że odżyjemy, odbijemy się tak jak odbijają się rośliny. I to dzieje się ciągle. On chce nas obkopać i obłożyć nawozem, żebyśmy mogli zaowocować. Jego Ciało i Krew to jest dokładnie to światło, które możemy w sobie nosić. Dzięki, któremu zajdzie taka fotosynteza, że w całej winnicy wydamy najlepsze owoce. Że przyjdzie Bóg i powie „Moje drzewko nareszcie obrodziło”. Codziennie mamy szanse pobierać to co nam do życia potrzebne. Słowo, Ciało, Krew. To jest właśnie szansa na życie w pełni. Możliwość przemienienia tego jak widzimy, słyszymy i czujemy. Dajcie się obkopać i obłożyć nawozem. Nawet jeśli dla świata ten nawóz nic nie znaczy. Wiecie po co? Żeby potem jedli Wasze owoce i brali z Was zaszczepki.

Wierzący w Chrystusa to tacy nietypowi ludzie. Popularni jak inni to oni nie są. Nie wszyscy chcą nimi być. Dość mali, a cena bycia stosunkowo wysoka. Nie każdy o nich wie i nie każdy chce wiedzieć.

I tak mi się przypomniała sytuacja jak pewnego dnia szłam przez ogromne bazary u mnie w mieście. Latem stoi tam młody chłopak i sprzedaje jagodzianki. Pyszne jagodzianki. Podeszła do niego jakaś pani i pyta, czy w tych jagodziankach to w ogóle są jagody, a on jej na to „I to tyle, że aż się pani pobrudzi!”.

No to obyśmy się wszyscy „pobrudzili” tym dobrem, które w innych i w nas dojrzewa.

Potwierdzeniem tego, żebym nie zrezygnowała i o tym napisała, były słowa mojej Mamy, która dziś „przypadkiem” stanęła przy oknie i powiedziała „Wyrosły krokusy. Posadzę jeszcze inne kwiaty. Potem będę wychodzić i je podcinać, żeby były co roku”. Rozumiecie?

Dobrego dnia.

K.