Światło, które razi

Wczoraj wzięłam udział w wyjątkowej Drodze Krzyżowej. Wyjątkowej, bo to najstarsza w moim mieście i przechodzi tymi samymi ulicami już od kilkunastu lat. Idzie jedną z najpiękniejszych ulic i kończy bieg na najpiękniejszym wzgórzu, z którego widać całe miasto.

Padał deszcz. Ludzie nieśli lampiony. Malutki lampion niósł też pan. W jednej ręce miał świeczkę. W drugiej rękę swojej żony. To światełko było maleńkie, ale i tak przyciągało wzrok. W deszczu, wśród szarej pogody było jaśniejsze niż wszystko inne.

Była też pani. Pewna „Babcia”. Zakochana w niej jestem od pewnego spotkania w przychodni. Dziś na Drodze Krzyżowej bez wątpienia odpowiadała za logistykę. A dokładniej za równe ustawianie świec pod stacjami. Na zamglonym wzgórzu stała przy tej ostatniej stacji. Uradowana od ucha do ucha. Dzieląca się uśmiechem ze wszystkimi. Wyglądała jak pastuszka w górach.

Bez wątpienia ją uwielbiam. Bez wątpienia wejdzie do nieba. Bez wątpienia będzie błogosławiona. Modląca się za wszystkich wchodzących do przychodni. Bez wątpienia jest niesamowita. I bez wątpienia światło, które w sobie ma niektórych drażni.

Tacy byli ludzie, którzy poszli za większym Światłem. Mimo, że było szaro, ciemno, była mgła. Mimo, że zwykłe oczy wczoraj nie widziały tego Światła. Z pozoru bezsilni. Nawet, żeby o tym świetle opowiadać. Jednak gdy przechodzili zatrzymywały się całe sznury samochodów. Skrzyżowania były sparaliżowane. Linie autobusowe były zmuszone zaliczyć opóźnienie. Taka jest siła.

Z pozoru naiwnych i bezsilnych.

To światło, które w sobie nosimy też razi. Mimo, że o nim nie mówimy.

Mam tylko mały krzyżyk na szyi i cienki różaniec na palcu. Mam też wokół ludzi, którzy nie mogą tej Miłości zrozumieć.

I najchętniej to światło, które mają wierzący chcieliby wyłączyć.

Nie warto gasić latarni na morzu. Okręty się pogubią.

„Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze” Mt 5,14