Operacja na otwartym sercu
Nie umiem być srebrnym aniołem
ni gorejącym krzakiem
tyle zmartwychwstań już przeszło
a serce mam byle jakie.
Tyle procesji z dzwonami
tyle już Alleluja
a moja świętość dziurawa
na ćwiartce włoska się buja.
Wiatr gra mi na kościach mych psalmy
jak na koślawej fujarce
żeby choć papież spojrzał na mnie
przez białe swe palce.
Żeby choć Matka Boska
przez chmur zabite wciąż deski
uśmiech mi swój zesłała
jak ptaszka we mgle niebieskiej.
I wiem, gdy łzę swoją trzymam
jak złoty kamyk z procy
zrozumie mnie mały Baranek
z najcichszej Wielkiej Nocy.
Pyszczek położy na ręku
sumienia wywróci podszewkę
serca mego ocali
czerwoną chorągiewkę
[Wielkanocny pacierz, ks. Jan Twardowski]
Niedziela Zmartwychwstania. Maleńka miejscowość pod Sandomierzem. Kościółek wypchany po brzegi. Ksiądz przepełniony wszelkimi darami Ducha Świętego, a radością to ponad miarę kończy kazanie. Zaczyna recytować wiersz. Każdy milczy. Truchleje. Każdemu grzęźnie coś w gardle. Sama nieśmiało przełykam ślinę.
I myślę tylko- Boże, to o mnie.
Są takie momenty kiedy czujesz, że Twoje serce zaczyna być oświetlone, a nawet prześwietlone. I boisz się, że jeśli Ty widzisz je ze wszystkimi rysami, ranami i bliznami, to inni tym bardziej je zobaczą i skupią się tylko na tych defektach.
Jego światło leczy.
I pokazuje rzeczywistość inaczej niż mógłby ją zobaczyć cały świat.
Jego oczy są inne. Inne, bo Święte.
